Główna

Jestem studentem polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim i mogą pasja jest literatura dawna. Na blogu pragnę publikować twórczość artystów, którzy pomimo tego, że nigdy nie stali się znani to bez wątpienia cechowali się pięknym stylem i wrażliwością. Aby nie pozostawać gołosłownym poniżej znajduje się cytat z dzienników podróżnych. Niestety autor nie jest mi znany. Jedyne co wiem, to to, że pochodzą one z roku 1897.

“Wyjrzałem przez okno. Ten sam, dobrze znany krajobraz. Nikłe lasy, torfowiska czarne, zagajniki młodych brzóz białokorych, a wśród nich wille i domki o zielonych dachach. Nad ziemią wisi mgła ciężka, wilgotna, przewalająca się leniwie wraz z kłębami białej pary, którą zostawia za sobą lokomotywa. Gdzie nie gdzie w rozpadlinach i bruzdach loży wczorajszy śnieg.

Spuszczam szybę i wciągam w płuca ostre, zimne powietrze. Czuję pierwsze podmuchy Północy.

Wczoraj jeszcze między Warszawą a Wilnem było niebo pogodne, jasne, słoneczne, pełne uśmiechów i pieszczoty polskiej jesieni. Dzisiaj — mam już od samego rana przedsmak szarego, smutnego dnia petersburskiego. Zwolna też poddaję się nastrojowi, który mi towarzyszył zawsze, ilekroć wjeżdżałem na ziemię fińską, chmurną i bezsłoneczną w tym punkcie, który upatrzył sobie Piotr Wielki na wyrąbanie słynnego „okna do Europy”. Ogarnia mnie przygnębienie i jakieś dziwne lenistwo duszy.

Pociąg tymczasem wjeżdża na stację, mijając szare sylwety gęsto rozstawionych na peronie żandarmów.

dowoli 1Do przedziału wpada zgraja obsługa parowozów. Za chwilę siedzę już w dorożce, która posuwa się szybko i lekko. Gumowe obręcze kół nie dają żadnego turkotu. Słychać tylko rytmiczne człapanie kopyt końskich po brudnej, błotnistej ulicy. Godzina wpół do 9-ej rano. Wszystko jeszcze śpi. Zaczynają się zaledwie krzątać kupcy i przekupnie. Tu wlecze się leniwo i powoli wóz, naładowany po brzegi pakami z jakimś towarem, tam spieszy młody» barczysty chłop w białym fartuchu, dźwigający na głowie całą platformę zieleniny, piętrzącej się barwnie. Dorożka zatrzymuje się. Ulicę zabarykadowało trzech tragarzy. Jeden na przodzie, dwaj z tyłu wsparli na swoich głowach ciężką szafę i kroczą z nią poważnie, wymachując swobodnie wiszącymi rękami, jak rekruci przy maszerowaniu. Mijamy ich szczęśliwie. Dorożkarz zacina lejcami krępego, dobrze odkarmionego konia… Dojeżdżam do hal targowych. Tu już ruch większy, ruch wielkiego, kupieckiego miasta, zawalonego towarami, prowadzącego ożywiony handel na wielką skalę. Z jednego rzutu oka w głąb niektórych sklepów widać, a skromnie brzmiące firmy obracają milionami, że tu gromadzą się i rosną ogromne fortuny, które w następstwie dopiero jakiś wnuk lub prawnuk w błyszczącym mundurze gwardzisty trwoni i rozrzuca… Jestem w środku miasta, na głównej jego arterii.

FINLANDJA

Oglądam się ciekawie. Szukam na ulicy, na twarzach ludzkich zmian, jakie wywołać mogła rewolucja. Trzy lata nie byłem w Petersburgu. Przez te trzy lata szalała burza w państwie, a jego posady trzęsły się i groziły zupełnym zawaleniem. Tu, w stolicy, przeszło to jednak tak niepostrzeżenie, tak po wierzchu widocznie, że Petersburg jest na oko zupełnie ten sam. Nic się nie zmieniło. Tak samo, zaledwie otworzą się przed przyjezdnym drzwi numeru hotelowego, wyrasta, jak z pod ziemi, „człowiek” w czerwonej koszuli i pożądliwą rękę wyciąga po dokumentniki, po ową słynną trzecią część składową każdej jednostki w państwie rosyjskim, gdzie nie ciało i dusza, ale ciało, dusza i paszport stanowią dopiero obywatela w policyjnym rozumieniu tego pięknego wyrazu.

Wytresowany „obywatel” poddaje się jednak rygorowi paszportowemu bez szemrania, bo wie, że dopiero po załatwieniu tej formalności zyskuje pewną swobodę ruchów w mieście stołecznym. Zameldowany, ostemplowany, zaopatrzony numerem, zaczyna brać udział w życiu. Wychodzi na ulicę i przygląda się nieprzerwanemu korowodowi dorożek i czarnej masie przechodniów. Wszystko tak, jak było. Ruch duży, ale jakimś milczący, smutny, przygnębiony. Ani jednej wesołej twarzy, ani jednego uśmiechu na najbardziej nawet swawolnych ustach. Miasto stójkowych ii rewirowych, szarego szynela oficerskiego i czapki urzędniczej, miasto kalosza i …

Z PÓŁNOCY I POŁUDNIA

Puszcza gumowego, miasto, w którem Europejczyk, mimo pozornie europejskich życia na zewnątrz, odczuwa coś specyficznie miejscowego na wewnątrz, coś, co w każdej duszy rozsiadło się jak polip i wysysa z niej wszystkie lepsze soki, miasto, owinięte w mgły, w dym i w chmury, siekące nieustannym, drobnym deszczem przytłacza swoim ogromem, przygnębia swoim nastrojem. Pokutuje w nim duch dawnego przed konstytucyjnego porządku, duch, który nie tylko panuje w duszach ludzkich, ale przywarł nawet do murów kamienic, błąka się pod kolumnami pałaców, tłucze się wraz z ciemną falą Newy o granitowe bulwary wybrzeża.

Polizeistaat

Twarda ręka rządu, w czasach, kiedy miała jeszcze siłę i potrafiła naginać do swoich wymagań wszystkich i wszystko, urobiła tu życie, wtłoczyła je w formy przed siebie wybrane, wymustrowała ludzi, zatarła indywidualność wszelką, wyrównała pod jeden strychulec milionową masę mieszkańców, uczyniła z nich karnych, cichych, zrezygnowanych, tragicznie poważnych „funkcjonarjuszów życia”. Może zbyt jaskrawo się wyrażam. Nie wiem. Ale mam to wrażenie, że społeczeństwo petersburskie, mimo podmuchów nowej ery, ciągle jeszcze nosi na sobie ślady wychowania policyjnego, że tu nikt nie żyje tak, jak żyje się w całej Europie Zachodniej, ale każdy jest „urzędnikiem życia”, spełniającym swoje funkcje nie dobrowolnie, nie z własnego impulsu, ale z nakazu tej obcej woli, która była, jest i może długo jeszcze będzie kategorycznym imperatywem duszy rosyjskiej.

FINLANDJA

dowoli 2Tu ludzie tak dobrze wędzą, co wolno, a czego nie wolno, tak się wdrożyli do przestrzegania przepisów, że ta szara masa przechodniów o wyglądzie bardzo demokratycznym daje pozorne wrażenie swoistej, ale wysokiej kultury. Tu woźnica dorożkarski i robotnik portowy zachowują się karnie, sprawnie i cicho, jak nigdzie w Europie. Ani śladu temperamentu, ani śladu jakiejkolwiek fantazji, jakiejkolwiek niesforności. Żadnego „tarcia” między ludźmi. To jednak, do czego gdzie indziej doprowadziła oświata i wyrobienie społeczne jednostki, tutaj osiągnięte zostało tylko i jedynie drogą przepisów policyjnych. Państwo wychowało sobie obywateli takich, jakich mieć chciało.

Mimo woli też, patrząc na ludność Petersburga, na jej pracowite, spokojne krzątanie się i milczące posłuszeństwo, zadać sobie trzeba pytanie, kto tu właściwie robił rewolucję i dlaczego?

Dlaczego, kiedy wszystkie twarze są tak obojętne, jakby ich nic zgoła nie obchodziło oprócz tego, czy nie narażają się na karę za przekroczenie przepisu… Dlaczego, kiedy tu z niczyich ust nie zerwie się protest, w niczyich oczach nie zaświeci błyskawica, z niczyjej piersi nie wydobędzie się ciche nawet westchnienie. Dlaczego, kiedy tu panuje porządek wzorowy, życie idzie utartymi kolejami, nikt i nic nie mąci spokoju… Chyba gdzieś, głęboko w duszach ludzkich tkwi nieuświadomiona jeszcze idea przebudowy i reorganizacji, ale jej ani zobaczyć, ani wyczuć nie można.

Dziwne miasto i dziwni ludzie. Chodzę ulicami, zanurzam się w życie, obserwuję jego łożyska i tani, gdzie niosą one lekką tylko pianę, i tam, gdzie głębsze nurty powinny być dostrzegalne. Nie widzę nic. W każdym mieście zachodnio-europejskim, w każdej wielkiej stolicy, już po kilkodniowym pobycie można uchwycić tętno i poznać rytm życia, można zrozumieć psychikę zbiorową mieszkańców, przystosować się do tonu ogólnego. Tutaj nie. Tu od pierwszego do ostatniego dnia, od początku do końca jest się obcym.

W Paryżu żyje się życiem paryskim niemal od chwili przyjazdu. W Petersburgu nie można żyć życiem petersburskim, bo go się zupełnie nie pojmuje, nie rozumie, nie odczuwa. Trudno je znaleźć, poznać, przestudiować.

Po raz piąty jestem w tym mieście i po raz piąty zadaję sobie pytanie, jak i czym ludzie tutaj żyją? Gdzie są normy, gdzie zwyczaje, w czym odrębność i charakterystyka? Widzę ulice rojne, widzę restauracje przepełnione, widzę teatry, które przed przedstawieniem zamykają kasę, spotykam kupców pijanych, dziewczęta publiczne i kobiety % wielkiego półświatka, młodzież i starców, wojskowych i urzędników, elegantów w cylindrach i szary tłum w charakterystycznych czapkach — nie widzę jednak życia, tego życia, w którym dusza ludzka odbija się jak w zwierciadle i ukazuje swój obraz indywidualny bacznemu obserwatorowi.

W Warszawie pierwsza lepsza scena uliczna, pierwszy lepszy zatarg dorożkarza ze stójkowym, jeden spacer w aleję Ujazdowską, godzina, spędzona w kawiarni — pozwalają mi już patrzeć wprost w twarz życiu — w Petersburgu Psyche wielkomiejska jest tak zawoalowana, że chyba w Ochranie można się o jej rysach jako tako poinformować. Człowiek obcy, człowiek, który nie wchodzi w społeczeństwo, nie szuka znajomości i nie czyni specjalnych wywiadów, będzie stał „na brzegu — zadumany” i sfinksowej tajemnicy życia tutejszego nie odcyfruje.”

Jeśli tak jak ja jesteś zafascynowany twórczością dawnych literatów to proszę wesprzyj mnie w moich próbach przywrócenia ich twórczości do życia. Odwiedź strony osób, które wspierają moje działania.