Chętnie między innymi pokazywano zwiedzającym jedwabną haftowaną firanką do zasłaniania rodałów. Przedmiot ten miał pewną wartość artystyczną, nieokreślony wiek niepewne pochodzenie. Miejscowi Żydzi twierdzili z całą stanowczością, że ta właśnie firanka została wykonana osobiście przez Esterkę i przez nią ofiarowana tutejszej synagodze. Gdym po raz pierwszy dostąpił zaszczytu oglądania tego „cudu” i zacząłem w związku z tym zadawać kłopotliwe pytania — mój przewodnik położył palce na ustach i powiedział: „sza” — i w ten sposób przeciął wszelkie domysły i wątpliwości.
A ci tragarze, przewoźnicy „na pych po Wiśle”, którzy jednocześnie byli przewodnikami i wtajemniczali nowego przybysza w przeszłość i wszelkie arkana dzisiejszego Kazimierza — słyszę jeszcze ich kapitalny język, jędrny i obrazowy, pełen nieoczekiwanych zWrotów i metafor, o specjalnym kolorycie. Oni przecież swój Kazimierz znali lepiej od wszystkich z ustnej tradycji z ojca na syna. Historie te mało były podobne do książkowych dziejów, a oparte na swoistej mitologii i pełne poezji. Ja osobiście przyznam się, że wolę wierzyć w to, co od nich słyszałem o królu Kazimierzu i Esterce, niżeli w to, co historycy piszą, że ich tam wcale nie było.
Opowiadano mi podsłuchaną razu pewnego przemowę jednego z takich przewodników, znanego powszechnie Jankla, do grupy zasłuchanych turystów:
— Król Kazimierz mieszkał w tym zamku, a Esterka na zamku w Bochotnicy. Ale oni mieli takie tajne przejście podziemne, które łączyło ich mieszkania. Za dnia król rządził. On przyjmował interesantów, on wysłuchiwał ludzi, on rozsądzał sprawy, on podejmował gości, on polował. A wieczorem on szedł, szedł tym podziemnym korytarzem aż do Esterki i oni tam się kochali.
— A czy mieli dzieci? — pyta jeden ze słuchaczy.
— Nie. On był bardzo zmęczony.
Niestety, setki takich kapitalnych opowiadań i anegdot zaciera się w ludzkiej pamięci i przepada na zawsze. A historia Szulima i Małki…
Szulim Nudelman był opatrznością finansową braci artystycznej tamtych lat Kazimierza. Jeśli posługuję się eufemizmem, to dlatego, że nie chcę użyć słowa lichwiarz- jako w tym wypadku niewłaściwego, a nawet dla tego człowieka krzywdzącego. Antoni Słonimski w swych wspomnieniach opowiada o pewnym lichwiarzu, który stale odwiedzał jegc ojca, doktora Słonimskiego, początkowo tylko w interesie Na skutek jednak częstego obcowania z doktorem, prowadzonych rozmów, obserwacji otoczenia — zmienił się nie do poznania, stracił niezbędne cechy do wykonywania swego zawodu: drapieżność, bezwzględność i egoizm; zaczął czytać, rozmyślać, a nawet marzyć.
Podobnie stało się z Nudelmanem, tylko tu, w Kazimierzu nie jeden człowiek oddziaływał na niego, lecz wielu różnych ludzi — całe ówczesne środowisko artystyczne. To był świat inny, uroczysty i odświętny, ale jednocześnie jakiś bliski, serdecznie powiązany. Miejscowa ludność Kazimierza, a w szczególności Żydzi, ciepłą sympatią otaczali przyjeżdżających w sezonie artystów.